Załóżmy, że cena pokoju wyższej kategorii jest tylko o 150 zł większa, niż cena pokoju standardowego; załóżmy też, że w naszym dziale rezerwacji telefony odbierają trzy osoby i każda z nich prowadzi powiedzmy 80 rozmów dziennie.  Gdyby udało im się przekonać 10% dzwoniących, żeby zarezerwowali pokój droższy tylko o 150 zł to dział rezerwacji wygenerowałby dodatkowe 3600 zł w czasie jednego dnia. Zakładając, że dział rezerwacji pracuje 240 dni w roku to jest dodatkowe 864 000 zł przychodu. A gdyby z 80 rozmów dziennie przekonali 10 dzwoniących, tj. Niecałe 13%? Każde z nich wygeneruje 1500 zl dziennie, dział 4500 zł dziennie, rocznie 1 080 000 dodatkowego przychodu.

W teorii każda praca powinna być zwieńczona osiągnięciem założonego wcześniej celu.  W końcu pracuje się po coś. Prace bywają fajne, ciekawe, bywają nudne i bywają też głupie. W czasie całej naszej kariery spotykamy się z przeróżnymi sytuacjami oraz zajmujemy się mniej lub bardziej istotnymi rzeczami. Czasami to, czym musimy się zajmować poprzez kulturę panującą w naszym przedsiębiorstwie jest dla nas trudne do zaakceptowania. Czymś takim jest kultura dupochronów i konieczność wytwarzania tychże. Zapraszam do lektury i komentowania. 

„Half a day today?” – powiedział szef działu sprzedaży do wychodzącej około 18.30 z biura młodej kobiety jakieś 10-12 lat temu w jednym z topowych warszawskich hoteli.

Wielokrotnie spotykamy się z przeświadczeniem, że dobry pracownik to ten, który spędza w pracy ponadnormatywne godziny pracy.  Często też sami mamy pretensje do samych siebie, że wychodzimy po ośmiu godzinach. Stworzyliśmy kult człowieka spędzającego większość czasu w biurze. Nie ważne, czy jego produktywność jest na wysokim poziomie czy jest bliska zeru.

Ważne i widoczne, że każdą wolną chwilę spędza w biurze. Jest człowiekiem czynu. Gwiazdą. Oddaną firmie jednostką. Czy na pewno tak jest? Jak do tego doszło? Dlaczego zaczęliśmy nagradzać nie za wykonaną pracę, a za spędzony w niej czas? W poniższym tekście postaram się odpowiedzieć na te pytania.